Ksiądz Kanonik Jan Marszałek uśmiechnięty - siwe krótko strzyżone włosy

(1961 rok). Tej uśmiechniętej, życzliwej twarzy kapłana i serdecznego powitania nigdy nie zapomnę. Tak szanował kapłanów, choć potem jak dłużej byłem na plebani wiem, że dla siebie był bardzo wymagający i od młodego księdza żądał posłuszeństwa i solidności w codziennej pracy.

Ksiądz Kanonik; bo tak wtedy do Niego się mówiło był mężem modlitwy. Robił solidnie rozmyślanie, w konfesjonale czytał książki ascetyczne. W mieszkaniu często widywałem Go na modlitwie. Kilka razy chorował, cierpiał na kręgosłup, zapadał na różne dolegliwości. W chorobie, także codziennie wiele razy byłem w Jego pokoiku obok jadalni, był często rozmodlony.

Katechizacji pilnował. Przygotowywał się do katechezy. Rok 1961 to pierwszy rok po wyrzuceniu katechezy ze szkoły. We wrześniu zaczęliśmy uczyć. Ja pod dzwonnicą, Ksiądz Proboszcz w prezbiterium kościoła. Zaraz przystąpił do zbudowania najpierw jednej salki, w zimie drugiej. O ile dobrze pamiętam, to uczył 18 godzin, a ja około 30 godzin tygodniowo.

Pierwsza moja wigilia Bożego Narodzenia na parafii. Przygotowana wieczerza. Spotkanie w jadalni - dzwonek. Okazało się, że trzeba jechać do chorego do Górnych Łodygowic. Niech Ksiądz Jasiu jedzie. Furmanką zeszło ponad godzinę. Ksiądz Proboszcz z domownikami czekał na wikarego, byśmy razem mogli spożyć wieczerzę.

W niedzielę około 25 sierpnia, po obiedzie, zabrał mnie na przechadzkę. Księże Jasiu pójdziemy dziś odwiedzić dobrego parafianina. Pana Ludwika Maślankę. To był pierwszy dom na parafii, który odwiedziłem , domek drewniany, stary za stacją kolejową na tak zwanym Pańskim. Miał Ksiądz Proboszcz kilkunastu takich solidnych parafian. Przekonałem się o tym na I niedzielę adwentu. W sobotę wieczór zachorował. Miał głosić niedzielne kazania. Wezwał mnie do siebie i powiedział, żebym ja mówił kazania. Przygotowałem się jak mogłem w nocy. Odprawiłem Roraty i powiedziałem kazanie. Pozałatwiałem w zakrystii, wracam na plebanię, a przy łóżku Kanonika siedzi kilku mężczyzn parafian, bo się dowiedzieli że Proboszcz zachorował. Już wszystko opowiedzieli co było w kościele, o czym było kazanie wikarego. Piszę o tym, bo taka elita parafii to przedsoborowe duszpasterstwo światłego Proboszcza.

Nabożeństwo do Eucharystii i I piątki:

Odprawiał codziennie Mszę św. ogromnie skupiony. Przychodził na Adorację Najświętszego Sakramentu, bardzo dbał, by pięknie były urządzone Nabożeństwa z Wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ogromnie były rozbudowane I piątki miesiąca. Przed I piątkiem rano i wieczór we wtorek i w środę spowiadaliśmy kobiety, w czwartek młodzież i dzieci, w I piątek głównie mężczyzn. Sam odprawiał Mszę św. rano przed ołtarzem Najświętszego Serca Pana Jezusa z kazaniem. Te kazania były dużo wymagające od wiernych. Wtedy karcił wady i grzechy parafian. Przed I piątkiem sam prowadził Godzinę Świętą. I soboty i Soboty Królowej Polski zostawił wikaremu.

W latach kiedy byłem wikariuszem 1961-63 trwał remont na plebani. Z konieczności przenosiłem się do coraz innych pomieszczeń. Z początku moje mieszkanie było z tym samym wejściem co do Proboszcza tylko po drugiej stronie jadalni. Nie unikałem Proboszcza, bo dla mnie był bardzo dobry, radziłem się w wielu sprawach, wypożyczył mi meble, wypożyczał książki, planował tematy kazań, omawiał z wikarym jak przygotować Uroczystości.

Ksiądz Kanonik nie był lubiany przez komunistów. Nachodzili Go różni kontrolerzy. Za podatki komornik zapisywał różne przedmioty. W ostateczności nic mu nie zabrali, bo nie było co zabrać. Straszyli, szantażowali. Często wspominał okres w swoim życiu kapłańskim jak był wyrzucony z parafii. Mówił prosto. Jak umarł Stalin nakazywali dzwonić w kościele. On nie pozwolił. Zamknął drzwi pod dzwonnicą. Odtąd się zaczęło. Wspominał, jak był w Bachowicach, a najwięcej jak duszpasterzował w Będkowicach w parafii Biały Kościół. Mówił, że dobrzy parafianie z Łodygowic Go odwiedzali i wspomagali materialnie. Potem starali się, by wrócił do Łodygowic.

Oczkiem w głowie Księdza Kanonika byli ministranci. Często sam przychodził na zbiórki. Dawał instrukcje jak ich ćwiczyć. Było też wtenczas w parafii kilku kleryków diecezjalnych i zakonnych. Bardzo się nimi interesował. W tym czasie najstarszym klerykiem był Michał Jagosz, młodszy, Józef Kania, jeszcze młodszym Wojciech Jakubiec. Najstarszemu klerykowi powierzał na wakacje ministrantów.

Był człowiekiem sprawiedliwym. Wszystko rozliczał sprawiedliwie, także wikaremu.

 

Świadectwo napisane przez ks. prałata Jana Czyrka

(w roku 1999)